Operacja „Easy Chair”: jak mała holenderska firma pomagała CIA podsłuchiwać Rosjan
Wszystko zaczęło się od starej koperty i zapalniczki Zippo.
Po śmierci ojca, dwaj bracia – Olivier i Lodewijk de Bruijn – przeglądali rzeczy w rodzinnym domu. Znaleźli kopertę z trzema maszynopisanymi stronami oraz zapalniczką z wygrawerowanym fotelem i inicjałami N.S. Te inicjały należały do ich dziadka, Nico Schimmela. Na kopercie matka braci, Elsje, zapisała własną ręką: „O ile rozumiem, moje dzieciństwo w latach 50. i 60. było częściowo finansowane przez CIA.”
To zdanie otworzyło drzwi do jednej z najbardziej niezwykłych historii zimnowojennego szpiegostwa – historii, w której małe holenderskie laboratorium radarowe odegrało kluczową, choć przez dekady utajnioną rolę.
Rzecz znaleziona w fotelu
Żeby zrozumieć, dlaczego CIA trafiła do niewielkiego miasteczka Noordwijk nad Morzem Północnym, trzeba cofnąć się do Moskwy roku 1952.
12 września 1952 roku technik Joseph Bezjian, zwany „Handlarzem Dywanów”, przeprowadzał kolejną kontrolę rezydencji ambasadora USA – Spaso House. Tym razem zastosował podstęp: przyjechał jako gość, nie jako analityk, by nie zaalarmować sowieckiego wywiadu. Kilka dni po przyjeździe, podczas gdy ambasador George Kennan dyktował sekretarce pozornie ważne dyplomatyczne dokumenty, Bezjian w ataku z mansardy namierzył sygnał. Prowadził go do drewnianej rzeźby Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych wiszącej na ścianie gabinetu. Pieczątkę – dar radzieckich dzieci dla ambasadora w 1945 roku – wręczał wcześniej osobiście ambasador W. Averell Harriman.
Bezjian rozłupał orła. W środku, w drewnianej wnęce, znajdowało się urządzenie bez baterii, bez kabli, bez mikrofonu. Mała srebrna rurka z miedzianą anteną. Technik wiedział od razu, że to podsłuch – i że nie widział nigdy nic podobnego.
Urządzenie, ochrzczone przez Amerykanów mianem „Rzeczy” (ang. the Thing), było dziełem geniusza: Lwa Siergiejewicza Termena, rosyjskiego fizyka i wynalazcy tereminów, który stworzył je w tajnym laboratorium Gułagu na zlecenie Ławrientija Berii. Przez siedem lat „Rzecz” wisząca nad biurkiem ambasadora rejestrowała rozmowy, aktywowana z zewnątrz falami elektromagnetycznymi. Pasywna, niemal niewykrywalna – i zdumiewająca w swojej elegancji technicznej. Odkrycie wstrząsnęło Waszyngtonem. Według CIA-owskiego historyka Benjamina Fischera psychologiczny efekt był porównywalny z szokiem po wystrzeleniu Sputnika.
W stolicy USA zapanowała panika: Sowieci byli technologicznie o lata świetlne przed Zachodem. Pytanie brzmiało: czy da się to skopiować?
Mała firma z Noordwijk
W 1947 roku wzdłuż holenderskiego wybrzeża otwarto Holenderską Stację Badań Radarowych (Dutch Radar Research Station). Jej założyciel, Joop van Dijk, był postacią renesansową: wynalazcą, politykiem (współzałożycielem partii VVD), a podczas II wojny światowej – szefem podziemnej sieci łączności dla holenderskiego ruchu oporu. Piętnastoletni Van Dijk opatentował kiedyś przełącznik długości fal dla odbiorników radiowych; prasa okrzyknęła go „holenderskim Marconim”.
Kiedy CIA szukała partnera do odtworzenia „Rzeczy”, trafiła na Dutch Radar przez pośrednictwo Louisa Einthovena – szefa holenderskiej służby bezpieczeństwa BVD, przyjaciela Van Dijka jeszcze z czasów wojennych. Wcześniej rozważano zaangażowanie Philipsa, ale gigant z Eindhoven nie był zainteresowany „małymi projektami badawczymi” – jak określono zlecenie. Mała firma z Noordwijk zgłosiła gotowość. Była to, z perspektywy Philipsa, historyczna pomyłka: ów „mały projekt” przyniósł laboratoriom w Noordwijk miliony dolarów.
W ścisłym gronie wtajemniczonych znaleźli się Van Dijk oraz kilku inżynierów: Gerhard Prins, Thijs Hoekstra, At Admiraal i – jak wskazuje zapalniczka z inicjałami – prawdopodobnie też Nico Schimmel. Operacja dostała kryptonim „Easy Chair” – fotel – bo urządzenie, które Amerykanie pokazali Holendrom, znaleziono właśnie w oparciu fotela.
Biurko ambasadora
Przez sześć lat inżynierowie z Noordwijk pracowali w tajemnicy – początkowo tylko wieczorami, potem w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu – nad własną wersją urządzenia pasywnego nasłuchu. Gdy były gotowe, trzeba było je przemycić do celu.
W listopadzie 1958 roku BVD dowiedziało się, że sowiecka ambasada w Hadze zamówiła meble. Był to idealny moment. Agent służb skontaktował się z firmą meblową – ta odmówiła współpracy. Jednak szef rządowej agencji zakupowej okazał się bardziej przychylny i zaproponował własny plan. Ostatecznie 23 listopada 1958 roku holenderski podsłuch został zainstalowany w nodze orzechowego biurka przeznaczonego dla ambasady sowieckiej. Trzy dni później mebel polakierowano, jeszcze raz sprawdzono działanie urządzenia i 10 grudnia biurko trafiło do ambasady.
Kilka tygodni później przy Andries Bickerweg w Hadze zaparkował kryty ciężarówką samochód. Pozornie zepsuta – w rzeczywistości kierowca to wysoki oficer BVD o pseudonimie „Herman”. W skrzyni krył się agent CIA, a z nim Thijs Hoekstra, „człowiek od montażu”, który skierował nadajnik mikrofalowy na ścianę ambasady. Odpowiedź przyszła natychmiast: przez słuchawki dobiegł głośny śmiech ambasadora sowieckiego – „wielki brzuszny rechot”, jak opisał to Prins. Misja zakończona sukcesem.
Dyplomatyczny poker
Historia „Rzeczy” wróciła na światowe salony w maju 1960 roku, podczas debaty w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Sowiety wzywały do potępienia USA za zestrzelony samolot szpiegowski U-2. Wtedy amerykański ambasador Henry Cabot Lodge wyjął asa z rękawa – dosłownie: drewnianą replikę Wielkiej Pieczęci, którą otworzył przy pełnej sali, pokazując ukrytą w środku wnękę. Przez siedem lat sowieckie urządzenie śledziło każdą rozmowę przy biurku ambasadora.
Gest był hipokryzją w czystej postaci. W tym samym czasie – z pomocą holenderskich inżynierów – Stany Zjednoczone podsłuchiwały sowiecką ambasadę w Hadze, używając urządzenia wzorowanego bezpośrednio na „Rzeczy”. Ale propaganda rządzi się swoimi prawami: rezolucja sowiecka przepadła.
Wiadomość dotarła do Noordwijk. Inżynierowie z Dutch Radar dowiedzieli się wtedy po raz pierwszy, co właściwie kopiowali przez te wszystkie lata.
Tajna historia, ujawniona
Historię odtworzył po dekadach dziennikarz Maurits Martijn wraz z ekspertem ds. służb wywiadowczych Ceesem Wiebesem. Kluczem do śledztwa okazały się dokumenty BVD, które udało się pozyskać w drodze odwołania od pierwotnej odmowy dostępu. Pięćdziesięciostronicowe archiwum potwierdziło większość twierdzeń z notatek Gerharda Prinsa: kontakt CIA z Dutch Radar nastąpił w 1952 roku, pośredniczył w nim Einthoven, a sama operacja w ambasadzie sowieckiej w Hadze przebiegła dokładnie tak, jak opisywał to stary inżynier.
Wśród zaskakujących szczegółów: CIA płaciła Holendrom w gotówce, którą Van Dijk przemycał pociągiem do Szwajcarii – ukrytą w specjalnie uszytych slipach. Dla wybranych pracowników otwarto szwajcarskie konta bankowe. Hoekstra do dziś przechowuje w domu w Anglii grawerowany Rolex, który dostał od „przyjaciół z Ameryki” jako podziękowanie za lata pracy.
Najstarszym żyjącym świadkiem operacji okazał się 95-letni Thijs Hoekstra. W rozmowie przez telefon potwierdził wszystko: operację przy ambasadzie sowieckiej, wyprawy do USA, spotkania z ludźmi CIA w Langley, chińską ambasadę w Hadze. Na pytanie o Nico Schimmela odpowiedział lakonicznie: „Nico Schimmel nic nie wiedział.” Cisza. „Nico Schimmel wiedział, że coś się dzieje, ale nie wiedział co.” Cisza. „Myślę.”
Zapalniczka Zippo z wygrawerowanym fotelem i inicjałami N.S. nadal nie zdradza wszystkich swoich tajemnic.
Operacja „Easy Chair” to historia o tym, jak mała technologiczna firma z holenderskiej miejscowości Noordwijk przez niemal cztery dekady cichutko współkształtowała globalną zimnowojenną rywalizację wywiadowczą – i jak ta historia mogłaby zaginąć na zawsze, gdyby nie stara koperta znaleziona w domu po śmierci ojca.
https://www.cia.gov/readingroom/docs/CIA-RDP90-01208R000100150201-4.pdf
